《Sto ukrytych pragnień》13
Advertisement
Kiedyś wydawało mi się, że doświadczyłam już w moim życiu cierpienia i bólu, że najgorszy moment należał do przeszłości. Ale to, co dla mnie zaplanowane, było znacznie gorsze. Nie można sobie ulżyć w psychicznej udręce, zwłaszcza, gdy uważa się, że w pełni się na nią zasługuje.
Skończyłam swoją opowieść, płacząc. Cała się trzęsłam od nadmiaru emocji. Co innego odtwarzać te wydarzenia w głowie, a co innego mówić o nich. Peter wysunął swoje dłonie z mojego uścisku, wstał i podszedł do okna, zostawiając mnie samą przy kuchennym stole, na którym nietknięte jedzenie już dawno wystygło.
Patrzył przed siebie, ale wzrok jego był zupełnie pusty, oczy nie pojmowały rzeczywistości na zewnątrz. Oparł się dłońmi o parapet, jakby prawda uderzyła w niego tak bardzo, że potrzebował podparcia.
- Peter, błagam, powiedz coś, powiedz cokolwiek, nie zniosę twojego milczenia - załkałam i podeszłam do niego, chcąc go dotknąć, ale odsunął się gwałtownie, odtrącając moje dłonie.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi tego wcześniej? Dlaczego... - spytał cicho, potrząsając głową z niedowierzaniem.
- Próbowałam, naprawdę próbowałam, ale nie potrafiłam! Zawsze paraliżował mnie strach, że cię stracę, a tego bym nie przeżyła! - płakałam z bezradności, widząc jak twarz mu zastygła w bezruchu i podszedł do krzesła, by znaleźć się dalej ode mnie i teraz oparł się o nie.
Poszłam w ślad za nim, ale gdy znów stanęłam zbyt blisko, podniósł dłoń na znak, żebym się nie zbliżała. Ten drobny gest i jego wymowne milczenie łamały mi serce.
Złapałam go za dłoń w desperacji podnosząc ją do ust i całując gorliwie.
- Błagam Peter, wybacz mi, wybacz! Przecież mówiłeś, że mi wybaczysz, że moje przewinienie nigdy nie będzie równie wielkie jak twoje! Och, błagam, błagam - łkałam, a pocałunki na jego skórze mieszały się z moimi łzami, których słony smak otulał mi wargi i język.
- Wiem, wiem, że tak mówiłem - odpowiedział głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji i wyszarpał dłoń z mojego desperackiego uścisku, w którym było tyle błagania.
- Więc dlaczego, dlaczego najdroższy mnie odtrącasz? Ja ci przebaczyłam, twoja wina nie ma dla mnie znaczenia, więc dlaczego ty nie potrafisz przebaczyć mi? - otarłam twarz wierzchem dłoni.
- Przebaczyć w tym przypadku to nie jest najodpowiedniejsze słowo - powiedział chłodno, odchodząc w kąt pokoju.
Tym razem nie poszłam za nim, tylko stałam w bezruchu i patrzyłam jak wyraz jego twarzy zmieniał się z sekundy na sekundę, jakby analizował wszystko to, co mu powiedziałam raz jeszcze i za każdym razem docierały do niego nowe szczegóły.
Serce ścisnęło mi się pełne bólu. Traciłam go, traciłam nieubłaganie. Mogłam milczeć, zamknąć się, nie mówić ani słowa. Ale jednak zaufałam mu, wierzyłam, że jego gorąca miłość do mnie, idealne wyobrażenie złagodzą prawdę. Och, jaka głupia i naiwna znów byłam!
- Błagam, Peter, błagam, wybacz mi! Ja ci przebaczam, przeszłość nie ma dla mnie znaczenia, więc dlaczego ty nie możesz przebaczyć mi? - łkałam, dławiąc się kolejną falą łez, która wraz z rozpaczą nadeszła gwałtownie.
- Przebaczyć! - wybuchnął zimnym, chłodnym śmiechem, zupełnie irracjonalnym, śmiechem opętanych lub odchodzących od zmysłów.
Nie rozumiałam, nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego w kilka sekund tak bardzo się zmienił. Gdzie podział się mój kochany, ciepły Peter.
- Nie rozumiem, nie rozumiem, dlaczego mnie teraz odtrącasz. A jednak wiedziałam, wiedziałam, że będziesz mną gardzić - zakryłam twarz dłońmi, siadając na krześle, gdzie wciąż unosił się jego zapach.
- Nie gardzę tobą, nie wiem, czy jestem w stanie czuć teraz cokolwiek - rzucił chłodnym tonem i znów spojrzał w pustkę za oknem.
- Wolałabym, żebyś mną gardził, żebyś mnie nienawidził! Wtedy mogłabym umrzeć w spokoju.
- Przestań. Przestań tak mówić, robić z siebie męczennicę! Sama jesteś sobie winna - podniósł głos, jednak wciąż na mnie nie patrząc.
Advertisement
- Zabiłaś, zamordowałaś własne dziecko - wyszeptał drżącym głosem, jak gdyby łzy go łamały.
Zrozumiałam wtedy, że idealny obraz mojej osoby w jego oczach runął. Szok był dla niego tak duży, że nie potrafił sobie z nim poradzić, a jego serce zupełnie zobojętniało dla mojej osoby. Czułam, że to było tak, jakbym przestała dla niego istnieć.
- Nie miałam innego wyjścia! Byłam sama, matka zachorowała... - zaczęłam się tłumaczyć z nadzieją, że może tym choć trochę go przekonam.
- Nie usprawiedliwiaj się! Nic cię nie usprawiedliwia! Oddałaś się tak bezwstydnie innemu mężczyźnie, i to dla takich rzeczy... Boże! A potem zabiłaś jego dziecko... - pokręcił głową i zrobił kilka kroków w moją stronę, wciąż trzymając się z daleka.
- Czy on o tym wie?
- Nie, nie ma pojęcia. Wyszłam wtedy i nie skontaktowałam się z nim nigdy więcej, nigdy - płakałam, patrząc na niego błagalnie, ale nie reagował.
Jak bardzo potrzebowałam wtedy jego ciepła, jego mocnych ramion, które ukołysałyby mnie do błogiego snu. Jakże pragnęłam, by zechciał chociażby mnie wysłuchać jeszcze raz, by zrozumiał, jak podle się czułam. Ale miał prawo mną gardzić, miał rację. Nic mnie nie usprawiedliwiało. Powinnam była znosić męki cielesne i duchowe, by ponieść karę, a potem udusić się i nigdy nie zaznać spokoju.
- Jak w ogóle chciałaś zostać moją żoną? Jesteś bardziej jego żoną niż będziesz kiedykolwiek moją. Jak to sobie wyobrażałaś? - zapytał oskarżycielsko, patrząc na mnie z góry, a miejsce początkowego odrętwienia zajmowała złość.
- Kochałam cię, Peter. Kochałam i kocham ponad moje życie.
- Kocham cię to za mało - wyszedł z pokoju, jego kroki odbijały się echem po korytarzu, trzasnął drzwiami sypialni tak mocno, że poczułam drżenie pod nogami.
Płakałam przez kilka godzin, nie potrafiąc przestać, jednak na tyle cicho, by Peter mnie nie słyszał. Chciałam dla niego nie istnieć, by nie musiał znosić tej udręki z mojego powodu. Tak bardzo go zraniłam, tak bardzo zawiodłam. Och, jaka beznadziejna byłam. Tak go kochałam, kochałam ponad życie i pozwoliłam, by nie znienawidził. Boże, zlituj się nade mną, zakończ to marne życie, zniszcz ten marny obraz!
Nad ranem posprzątałam kuchnię i salon oraz zrobiłam Peter'owi śniadanie. Siedziałam na sofie, podciągając kolana pod brodę. Patrzyłam na pierścionek zaręczynowy na moim palcu. Tak bardzo pragnęłam spędzić z tym mężczyzną resztę mojego życia, pragnęłam być jego już na zawsze. Pozwoliłabym mu zrobić ze sobą wszystko, na co miałby ochotę, byle być u jego boku.
Drzwi z sypialni w końcu się otworzyły, a moje serce zaczęło bić w szaleńczym tempie. Jak bardzo pragnęłam, by ubiegły wieczór odszedł w niepamięć, by nigdy nie padły słowa, które wypłynęły z naszych ust tej tragicznej nocy.
- Dzień dobry - powiedział chłodno, patrząc na mnie i na nakryty w połowie stół.
Bez słowa usiadł i zaczął jeść, nie obdarzając mnie nawet jednym łaskawym spojrzeniem. Z drugiej strony ulżyło mi, bo nie mogłam dostrzec w jego oczach pogardy.
Sztućce obijały się o talerz i był to jedyny dźwięk, który zakłócał idealną ciszę. Słyszałam jeszcze tylko swój słaby oddech, który drżał niepewnie.
- Musimy porozmawiać - odezwał się w końcu, przywołując mnie ruchem dłoni do siebie.
Usiadłam na krześle przed nim jednocześnie z żalem i ulgą, że dzieliła nas odległość stołu.
- Skoro sprawy potoczyły się następująco, uważam nasze zaręczyny za zerwane...
- Peter...
- Ja już nie mogę z tobą żyć, nie jesteś już tą samą kobietą, którą byłaś. Nie potrafię zignorować tego, co mi powiedziałaś. A nie chcę zacząć gardzić ani tobą ani sobą - westchnął, opierając dłonie o drewniany blat.
- Błagam, Peter, błagam...- zaskomlałam, łapiąc jego dłoń, którą natychmiast wyrwał.
- Nie potrafię cię już kochać tak, jak powinienem. Nie potrafię z tobą żyć. A już na pewno nie pragnę cię poślubić, nie teraz.
Advertisement
Starałam się nie pozwolić łzom płynąć, by nie irytować go bardziej, ale ból, który rósł we mnie, był nie do powstrzymania.
- Więc co chcesz zrobić? - zapytałam drżącym głosem, byłam na skraju wytrzymania.
- Wyjadę do rodziców na czas, aż znajdziesz sobie jakieś mieszkanie, oczywiście pomogę ci w jego kupnie, nie mogę cię zostawić zupełnie bez niczego. A potem rozejdziemy się.
- To twoje mieszkanie, nie mogę tu żyć, gdy ciebie nie będzie. Wrócę do matki, napiszę do niej jutro, że przyjadę. Nie chcę od ciebie nic, naprawdę. Chcę jedynie, zrobię wszystko, żebyś ty był zadowolony, cokolwiek zechcesz - wyszeptałam i otarłam kilka samotnych łez z mojego policzka.
- Jeśli tak chcesz, nie mam nic do tego - wzruszył ramionami, jak gdyby nie targały nim żadne emocje, które mnie wykańczały.
- Pomogę ci, jeśli będziesz w potrzebie, chyba jestem ci coś winien.
Nie powiedziałam już nic więcej, nie miałam śmiałości nawet na niego patrzeć. Zrobiłabym wtedy wszystko, cokolwiek by chciał, żeby tylko go zadowolić. Tak pragnęłam, by mi przebaczył!
Potem jak zwykle wyszedł do pracy, zostawiając mnie samą. Nie było sensu zwlekać, więc ściągnęłam z szafy moją walizkę i zaczęłam wpychać do niej ubrania. W końcu natrafiłam na sukienkę poplamioną winem. Rzuciłam nią na podłogę z furią a potem padłam na kolana zaraz obok.
- Boże, błagam, zlituj się nade mną! Czy nie widzisz, że jestem zbyt słaba, by to znieść? Stworzyłeś żałosny obraz, żałosny obraz udręki! Czemu się tak nade mną znęcasz? Czym ci zawiniłam? O Boże, nie zniosę tego! Nienawidzę samej siebie, brzydzę się sobą. Błagam cię, błagam cię Boże, zakończ to! Daj mi wpaść do grobu, gdzie moje miejsce!
***
- Teraz włóż lewą nogę do strzemienia...
- Och, Henry, przecież pamiętam jak wsiada się na konia - zaśmiałam się i wkładając lewą nogę w strzemię, złapałam się za przedni łęk i podciągnęłam w górę.
- No tak, wybacz - uśmiechnął się do mnie, klepiąc Laroshe po szyi, a drobne zmarszczki otoczyły jego usta i oczy.
- Więc... mogę po prostu jechać? - zapytałam, łapiąc za wodze.
- Tak, przyłóż łydki i ruszaj.
Laroshe na mój znak ruszyła stępem. Czułam, jak każdy jej mięsień poruszał się pode mną. Pamiętałam wszystko, czego uczył mnie wujek, ale przez kilka pierwszych chwil miałam problem z równowagą. Jednak powrót do wspomnień z dzieciństwa wzbudzał we mnie radość i ciepło.
- Jak się czujesz? - zapytał Henry i naciągnął kapelusz na czoło, by zasłonić oczy od promieni słonecznych.
- Szczęśliwa - posłałam mu uśmiech i pogodziłam klacz po szyi - naprawdę szczęśliwa. Od dawna nie czułam się równie dobrze - wzięłam głęboki wdech, a czyste powietrze wypełniło mi płuca, napełniając poczuciem wolności.
Gdy słońce zaczęło roztaczać na niebie czerwoną poświatę, wróciliśmy do stajni, ściągnęliśmy konie z pastwiska i nakarmiliśmy je. Potem usiedliśmy na drewnianych schodach, łapiąc ostatnie ciepłe promienie i znów zabraliśmy się za czyszczenie i pastowanie siodeł.
- Od jak dawna tu pracujesz? Juana mówiła, że tylko ty, ona i Elizabeth zostajecie tu także na zimę - odezwałam się po chwili, by przerwać ciszę.
- W zasadzie będzie już z trzy lata. Przyjechałem tu na wakacje, żeby odpocząć od miasta. Na co dzień prowadziłem małą firmę i studiowałem prawo. Niczego mi nie brakowało, jeśli brać pod uwagę rzeczy materialne. Ale czułem, że się truję. Każdego dnia bardziej i bardziej - tu zrobił przerwę, by odłożyć siodło na stojak i zabrać się za kolejne.
- Więc początkowo przyjechałem tu na dwa tygodnie swojego urlopu. Pan José zawsze ze mną rozmawiał i wypytywał o samopoczucie. Kiedyś wszystko mu opowiedziałem o tym, co mnie dręczyło na co dzień. Zazdrościłem mu tego prostego życia blisko natury. Tu nigdy nikt nikogo nie udaje, nikt się nie śpieszy i nie stara się osiągać dobrych wyników. Więc pan González zaproponował mi pracę na stałe - znów urwał na chwilę, jakby chciał pozbierać myśli i sięgnął po szczotkę z włosia.
- Z dnia na dzień rzuciłem pracę, sprzedałem mieszkanie i przyjechałem tu. Mam na górze mały pokój i niczego mi nie brakuje. Nauczyłem się jeździć konno, pracować w polu i tak naprawdę dopiero wtedy poczułem się szczęśliwy - uśmiechnął się i obrócił siodło, by wytrzeć je od spodu.
- Jednak musisz mieć jakieś plany. Przypuszczam, że nie zamierzasz tu siedzieć do końca swoich dni - powiedziałam, przerywając pracę i patrząc na niego.
- To prawda - także odłożył szczotkę i spojrzał na mnie, ocierając czoło wierzchem dłoni - kilka kilometrów stąd znalazłem dom na sprzedaż z małym gospodarstwem. Już rozmawiałem z właścicielem. Chciałbym się tam przenieść do zimy i zacząć coś swojego. Może na początek zająłbym się bydłem. Nie hoduje się go tu dużo. To już przynajmniej jakiś plan - zaśmiał się i wrócił do pracy.
Nie odpowiedziałam nic, wracając do swojej roboty i myśląc o tym, jak bardzo zazdrościłam tym ludziom takiego życia. Chętnie wzięłabym sobie za męża kogoś takiego jak Henry i wiodłabym z nim spokojne życie.
- A co ciebie tu sprowadza, Veronico?
- Cóż - westchnęłam - to długa i skomplikowana historia, ale głównie chciałam uciec z miasta, odetchnąć na jakiś czas i odzyskać spokój - odpowiedziałam wymijająco, chcąc dać mu do zrozumienia, żeby nie pytał już o nic więcej.
Minął lipiec i minął sierpień. Dni stawały się powoli chłodniejsze a wraz z początkiem września pojawił się silny wiatr. Juana stała się bliską memu sercu, kochałam ją jak siostrę i ufałam jej, jednak nigdy nie wyjawiłam prawdy. Elizabeth polubiła mnie bardziej, niż się tego spodziewałam a Henry...
Cóż, mój drogi Henry spędzał w stajni coraz mniej czasu, zajmując się urządzaniem nowego domu, w którym według planu chciał zamieszkać przed nadejściem zimy. Między nami zrodziła się szczególna więź, rozumieliśmy się lepiej niż ktokolwiek inny. Jednocześnie bałam się, by nie przekroczyć kruchej granicy między głęboką przyjaźnią a nieco tkliwszym uczuciem.
W pierwszą sobotę września, gdy wieczór był ciepły i nie zapowiadało się na deszcz, pan González zarządził, by zrobić ognisko. Po południu pojechali z Henrym do lasu po drewno, a ja z Juaną udałyśmy się do miasta, by kupić mięso. Elizabeth z resztą dziewczyn zajmowała się gotowaniem, natomiast pani González przeszła się po okolicznych domach, by zaprosić do siebie kilku przyjaciół.
- Och, będę tak strasznie tęsknić za Henrym! - zaczęła lamentować Juana, gdy wracałyśmy żwirową drogą.
- Ja go kocham, Vero! Mówię ci, że kocham tego mężczyznę jak żadnego innego. Już dawno pogodziłam się z tym, że on nigdy mnie nie zechce, ale przynajmniej mogłam się cieszyć jego towarzystwem. A teraz w ogóle zapomni nawet o moim istnieniu - westchnęła, poprawiając torbę na ramieniu.
Tak więc rozpaliliśmy wieczorem ogień w nieco przytłaczającym nastroju. Pobyt sezonowych pracowników w stajni, w tym także mój, powoli dobiegał końca. Henry oglądał otoczenie każdego dnia z uwagą, by zapamiętać jak najwięcej szczegółów. To była jego przystań, źródło szczęścia. Teraz siedział na drewnianej ławce, licząc sztachety w płocie. Raz na jakiś czas spoglądał w moją stronę, uśmiechając się smutno.
Choć nikt nie powiedział tego głośno, wszyscy wiedzieliśmy, że ten wieczór był formą pożegnania. Przed zimą czekało nas jeszcze mnóstwo pracy, więc był to jedyny moment wytchnienia. Tych kilka godzin spędzonych razem w mroku nocy, z parskaniem koni w tle sprawiło, że miałam ochotę zostać tam na zawsze. Przez cztery miesiące uświadomiłam sobie, jak bardzo brakowało mi tego wszystkiego, co znalazłam tutaj. Spokoju, ciszy, działania bez pośpiechu. I czystej, idealnej i delikatnej miłości, która była jedynie jak wdech słodkiego powietrza, którego zapach miał po chwili ulecieć.
- Vero, poczekaj! - zawołał za mną Henry, gdy razem z Juaną, Elizabeth i Retty wchodziłyśmy po drewnianych schodach do naszej sypialni nad stajnią.
Posłałam dziewczynom przepraszający uśmiech i odwracając się w jego stronę, zeszłam z trzech schodków, stając przed nim. Patrzył na mnie z pewnym rodzajem zatroskania na twarzy.
- Vero... - westchnął ciężko i delikatnie złapał moją dłoń - przez tych kilka miesięcy tyle się wydarzyło - zaśmiał się, spoglądając na nasze splecione palce - a ja chciałbym ci teraz powiedzieć tyle rzeczy...- podniósł na mnie wzrok, a jego uśmiech rozpromienił się jeszcze bardziej, widząc moją twarz.
- Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim, Henry - zebrałam się na odwagę i dotknęłam jego ciepłego policzka, a on chwycił moją dłoń, tuląc się do niej.
- Zostań tu, nie wyjeżdżaj. Jeśli pan González nie pozwoli ci zostać, możesz od zimy zamieszkać ze mną, tylko nie wyjeżdżaj - powiedział to wszystko tak szybko, jakby bał się, że nie starczy mu na więcej sił i odwagi.
- Och Henry, to nie takie proste. Tak bardzo chciałabym zostać, ale nie mogę - odparłam z żalem, biorąc jego dłoń z policzka i całując ją czule - nie mogę zostać, nie mogę zostawić matki samej, nie teraz, gdy mnie potrzebuje - westchnęłam ciężko, patrząc na niego spod rzęs.
Między nami na chwilę zapadła cisza, którą wypełniały nasze przyspieszone oddechy i dźwięki pocałunków, które składałam na jego dłoni. Twarz Henry'ego pokryło zmartwienie, ale i bezradność, która ogarnia człowieka, pojawia się, gdy powinność zderza się z uczuciem.
- Przepraszam, zbytnio się z tym pośpieszyłem - odparł, zaciskając mocniej swoje palce na moich, jakby nie chciał ich już nigdy wypuścić z uścisku - ale tak bardzo chciałbym, żebyś została.
Jego spojrzenie było tak pełne uczucia do mnie, szczerej i czystej miłości, takiej zupełnie niewinnej i delikatnej, jakiej nie doświadczyłam nigdy przedtem ani nigdy potem. Pierwszy raz poczułam, że łączy mnie z kimś więź, że nie moje ciało, ale moja dusza pragnie mieć tego człowieka przy sobie.
- Och Henry - jęknęłam z bezradnością, przyciskając jego dłoń do policzka.
Wsunął swoje palce w moje włosy, obejmując twarz i złączając nasze usta w pocałunku tak czystym i szczerym, a jednocześnie tak pełnym bólu i goryczy, że łzy popłynęły po naszych czerwonych policzkach w tym samym czasie, zupełnie jakby nasze ciała współgrały ze sobą.
- Będę za tobą tęsknić - jego szept odbił się echem o ściany stajni i wymieszał z parskaniem koni, których ciepły oddech był jedyną rzeczą, dodającą nam otuchy.
- Ja za tobą też, Henry. Ja za tobą też - zapłakałam i pocałowałam go ostatni raz.
Advertisement
- In Serial36 Chapters
The Last Game
Twenty years of fighting, an endless struggle for a better tomorrow. Years of bloodshed to buy humanity just one more day. Decades spent forging himself into a juggernaut of steel and bone. One night that all changed. Suddenly finding himself back at the start, Jack must answer the question, what would you do with a second chance? Would you tread the same path to power, no matter the cost? Would you walk a new path, one full of the unknown? Most important of all, what do you do when the world is set on a timer? Life as you know it will end, no matter what you do, do you let Fate have its way, or do you position yourself to pick up the shattered pieces of civilization? Jack will grasp his chance at redemption, and protect humanity from that which slumbers, undisturbed for ages past. To do so he will have to be strong, and he will need help. Will he trust any with his dark past or will the burdens of a modern Prometheus prove too much to shoulder. As the world changes humanity finds it no longer stands atop the food chain, how will it deal with myth and legend made real? A world of pure potential awaits those with the will to see it. While fates worse than death await those unlucky few that delve too deep into the secrets of the unknown. Six paths to infinite variety. Four days till everlasting fame. Welcome to the last game ever played. Updates on Mondays
8 131 - In Serial8 Chapters
The Last Breath
When Yezzu first sent his sons to the realm of men, they brought with them the magic of the gods. They created the three kingdoms we now have today being Dremshen, Ex'ol, and Kantillion. In the five thousand years since the gods left, much has changed. Great wars were fought, Universities were built, civilizations were created. One thing remained after the gods' departure though, their powers. Today, the balance of crafting the three gods brought has shifted. In the beginning, each had the same skill as the other, but the magic that was passed down through the millennia has diminished. The struggle for power that started long ago is coming to a defining moment. Plots of war and assassination are being weaved. Don't despair, for we may yet be saved from the disasters to come. Our hope lies in three young crafters. The first is William Divus, who sets out from his small village into the Dremshen Kingdom to study crafting after his father's passing. His questions about his father and his quest for knowledge drive him. Next comes Ehzahn Obasi, an Ex'olian thief with unparalleled skill. He steals for the thrill, no longer needing the rewards that come with it. He has just achieved his lifelong dream, but he will soon learn how much he underestimated the fallout from his daring theft. The last is Ki Soru, the niece of a powerful duke. She showed promise with crafting at a young age, so she had the best training the Kantillion Kingdom had to offer. Ten years have passed since her lessons began, leaving the king unsatisfied with the results. Her life is upended when her new teacher arrives, revealing a secret kept from her that changes her whole life. These three are our heroes. They were born in separate kingdoms under vastly differing upbringing, but each with their own part to play in the challenges to come. Here begins our tale of mischief and misery with only but a sliver of hope.
8 144 - In Serial30 Chapters
A Cultivator's War
The tenuous balance on the frontlines between the Everdream Empire and the Beast Alliance threatens to shatter. Ephraim the Relentless’ time is near, and his death will create a gaping hole in the Empire’s defenses. If left unattended, the Beast Alliance will push deeper into human territory, thereby destroying the decades of peace the Central Territories have seen. Their peace coming under fire makes the populace recall memories of a time before cultivators existed and of a time where the blood of all genders and ages littered the streets. As a result, the entire Empire draws the same conclusion; they need strong cultivators immediately. However, strong cultivators come at a cost: their existence creates a heavy load on the limited essence density on Cella. Thus, the Empire faces a dilemma: who will pick up the mantle when it falls? And how much is the Empire willing to sacrifice?
8 190 - In Serial6 Chapters
There is No “Class Upgrade”
Excited to jump into his grandmother's gift, recently moved out eighteen year old, Zeke is disappointed at his inability to click a button correctly. Whilst creating his character on SeraphStar, a hot new VRMMO, Zeke accidentally selected the bard class. His dreams of becoming a powerful General in ruins, Zeke now searches for a way to upgrade his bard class into something more powerful and along the way he gets tangled up in something far beyond him. New chapters every Sunday.
8 179 - In Serial8 Chapters
Ol' Big Ears
Being a freelance technician had its perks. You could reject any job you felt didn't pay enough or had poor conditions. It was a simple job. "Come in and look at the animatronic. Even if you can't fix him we'll pay you a full nights pay. Just please, take a look." Full night's pay for a few hours of work? Sure! At the time you had no idea it would evolve into a whole murder mystery, you bracing death too many times to count and uncovering the dark history of a regular kids restaurant chain. It all seemed to be linking back to a massive security breach that happened a year prior. Stumble upon the mystery of a missing purple bunny. (ongoing) 1. Set one year after FNAF:SB and in an alternate timeline in which Vanessa adopts Gregory, basically combo of Redemption+Burntrap. She's the closest thing to 'human' family he's got.2. This story was written exclusively using FOSS tools.3. If you aren't a fan of (Y/N) then feel free to refer to the character as Red or Red Guy (cause Read = Red, get it?).
8 190 - In Serial20 Chapters
Filozofie Zofii
Piękne filozofie i dowcipy z życia. Nie obraźcie się niektórych żarcików ;)
8 97

