《Sto ukrytych pragnień》12
Advertisement
Wysiadłam z pociągu, gdy słońce dopiero wschodziło. Jechałam całą noc, by jeszcze przed południem dotrzeć do nowego miejsca pracy i zamieszkania. Wzięłam swoje dwie wielkie walizki i ruszyłam w drogę. Od stajni nie dzieliło mnie wiele, więc przeszłam się pieszo asfaltową drogą.
Drzewa rosły po obu jej stronach, ich chłodny cień przyjemnie mieszał się z promieniami słońca, przebijającymi się przez zielone listki, gdy docierały do mojej skóry.
Było we mnie więcej życia niż przez ostatnich kilka miesięcy. Ten koszmarny czas wciąż był bardzo blisko, jednak czułam, że w nowym otoczeniu powoli ode mnie odejdzie.
Tutaj pragnęłam poczuć się wolną, a wiedziałam, że otoczenie natury pomoże mi odzyskać spokój i przynajmniej częściowo pogodę ducha.
Gdy wspięłam się na wzgórze, gdzie wiatr śpiewał znacznie głośniej, dostrzegłam w dolinie przede mną pastwisko pełne koni. Były jak małe kropki, niezdarnie namalowane pędzlem przez dziecko, w różnych kolorach. Na prawo od nich znajdowała się duża stajnia, z której ktoś właśnie wychodził, pchając taczkę. Była ona połączona z jeszcze jednym sporym budynkiem, a za nimi stała drewniana stodoła.
Przystanęłam na chwilę, by móc nacieszyć oko tym widokiem. Powietrze było tu o wiele bardziej przejrzyste niż w mieście, gdzie trułam się codziennie. Widok rozciągał się daleko na kilka kilometrów. Wiatr zawiał mocniej, zakrywając mi twarz włosami. Odgarnęłam je wolną ręką. Było tu tak cicho i spokojnie, zabudowania oddalone od siebie sporymi obszarami łąki. W oddali na lewo w porannych promieniach słońca połyskiwała woda w rzece. Wszystko wyglądało jak z obrazka pokrytego kurzem, który wisiał w kuchni u mojej matki.
Tę chwilę błogości przerwał warkot silnika przejeżdżającej obok furgonetki. Stare auto, którego lakier już dawno stracił połysk a czerwony kolor można było dostrzec tylko tam, gdzie nie było błota i pyłu, zatrzymał się obok mnie. Boczna szyba opadła z żałosnym stękiem. Przez okno wychyliła się młoda, pulchna twarz otoczona blond włosami i pokryta piegami od nadmiernego przebywania na słońcu.
- Ty jesteś Veronica? Ta nowa do pracy w stajni pana José González ? - spytała z szerokim uśmiechem, wyjmując papierosa z ust.
Pokiwałam głową i chciałam coś powiedzieć, ale nawet nie zdążyłam otworzyć ust.
- Wsiadaj, podwiozę cię, pracuję tam - wsadziła głowę z powrotem do środka i czekała aż się ruszę z miejsca.
Wzięłam swoje walizki i podeszłam do drzwi od strony pasażera.
- Nie, nie, nie - zaczęła krzyczeć i wymachiwać rękami, gdy chwyciłam za klamkę - musisz wskoczyć na pakę, tu są kozy - zaśmiała się, pokazując na siedzenie przed sobą.
Zajrzałam do środka, przez uchyloną szybę. Na potarganym fotelu siedziała biała koza, na podłodze stała mniejsza od niej, cała brązowa z oklapniętymi uszami.
Nic nie mówiąc, wrzuciłam swoje walizki na pakę i sama na nią wskoczyłam. Było tam pełno siana, ale nie przeszkadzało mi to. Spojrzałam na niebieskie niebo, gdy dziewczyna ruszyła. Chmury, białe jak płatki śniegu, układały się w przeróżne kształty, jednak nie mogłam patrzeć na nie długo, bo odbijające się od nich światło oślepiało mnie. Wzięłam w palce trochę siana i zaczęłam się nim bawić, urywając kawałek po kawałku. Z małej kupki obok mnie wygramolił się tłusty, owłosiony pająk. Szybko przesunęłam się w przeciwległy kąt i od tamtej pory obserwowałam go bez przerwy, nie mogąc stracić go z oczu, by przypadkiem nie zechciał się na mnie wdrapać.
Gdy zaczęłyśmy zjeżdżać ze wzgórza, stara furgonetka osiągnęła prędkość, która w jej stanie nie była najbezpieczniejszym posunięciem. Nierówności wybijały koła w górę za każdym razem, a kozy beczały z poddenerwowania. W końcu straciłam pająka z oczu i gdy nieco zwolniłyśmy, zaczęłam go desperacko szukać.
Zatrzymałyśmy się gwałtownie, a mój ośmionożny towarzysz podróży wyleciał spod kupki siana i uderzył małym całkiem o blaszany bok paki, po czym w pośpiechu wszedł w jedną ze szczelin.
Advertisement
- Wybacz, że musiałaś tu siedzieć, ale nie przewidywałam zabierać nikogo ze sobą. Pani González od kilku miesięcy mówiła mężowi o tym, że chciałaby mieć kozy. On już nie mógł tego znieść, więc powiedział, że jak chce, to będzie je mieć. No i kazał mi dziś rano wziąć tego starego grata i kupić te dwie kozy w mieście - wyjaśniła mi z szerokim uśmiechem na twarzy, pomagając wyciągnąć walizki.
- Nic nie szkodzi, całkiem przyjemnie się jechało - odparłam grzecznie, uśmiechając się uprzejmie.
- Przyjemnie się jechało! A to ci dopiero. Ten stary grat ledwo wytrzymuje na tych dziurskach, a ona mówi, że przyjemnie się jechało! - wybuchnęła gromkim śmiechem.
- Jestem Juana, przez te cholerne kozy zapomniałam się nawet przedstawić - wytarła dłoń w spodnie i wyciągnęła ją w moją stronę.
Ścisnęłam ją, uśmiechając się.
- Pomożesz mi z tymi kozami, zostaw te walizki, ktoś ci je zaraz wniesie na górę. Tam są nasze pokoje, zaraz nad stajnią - pokazała na poddasze budynku przed nami - strasznie tam gorąco teraz. A będzie jeszcze gorzej, jak przyjdzie sierpień, ale da się przyzwyczaić. Śpimy zazwyczaj przy otwartych drzwiach, żeby słyszeć zwierzęta pod nami. Pan José trzyma tu źrebne klacze i chce, żeby cały czas ktoś czuwał, czasem sam sypia w jednym z boksów, ale to rzadko się zdarza, bo pani González ciągle mu mówi, że przez to będzie miał problemy z nerkami. On nie chce jej słuchać, bo uważa, że dobro koni jest o wiele ważniejsze...
- Juana! Ileż można na ciebie czekać? Połowa boksów jeszcze nawet nie ruszona, a Henry zasuwa od świtu. A kogóż my tu mamy? - dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, podpierając boki.
Była chuda jak patyk, znacznie chudsza ode mnie czy Juany, miała ciemne włosy do pasa, spięte w gruby warkocz. Buzia była czerwona od wysiłku, ale w oczach promieniała radość.
- To jest nasza nowa towarzyszka pracy i długich letnich nocy - Juana oparła się ręką o moje ramię.
- Veronica - podałam jej rękę.
Uścinęła ją mocno, żywo nią potrząsając.
- Elizabeth. Najgłośniejsza w całej dolinie - zaśmiała się, podnosząc głos jeszcze o kilka dźwięków.
- To prawda, to babsko ciągle na kogoś krzyczy. Ale nie mamy teraz czasu na miłe pogawędki, kozy się same nie zaprowadzą do zagrody. Liza, zawołaj Henrego, żeby zaniósł jej walizki na górę, inaczej zaraz będą całe brudne - zarządziła Juana i otworzyła drzwi furgonetki, łapiąc za dwa sznurki, by kozy nie uciekły.
- Trzymaj tę małą, tylko nie odchodź z nią za daleko, bo ta duża da mi za to popalić, to jej dziecko - podała mi sznurek, na którym szła mniejsza brązowa koza.
Elizabeth zniknęła, poszła szukać Henrego, a my udałyśmy się do małej zagrody za stajnią, gdzie wpuściłyśmy kozy.
-Przynieś im trochę siana z któregoś z boksów od koni, muszą się czymś zająć, a ja przestawię tę cholerną furgonetkę, bo w tym słońcu zaraz trafi ją szlag.
Juana zniknęła za rogiem, a jej wesołe pogwizdywanie towarzyszyło mi jeszcze przez chwilę, gdy weszłam do stajni. Murowany budynek dawał przyjemny chłód. Wszystkie boksy były już puste, ale tylko kilka po prawej stronie zostało wyczyszczonych. Zajrzałam do jednego z nich i zabrałam połowę siana.
- Hej! Zostaw to siano, dopiero je tam wyłożyłem! - krzyknął ktoś za mną i podbiegł kilka kroków, tłukąc drewnianymi obcasami o murowaną posadzkę stajni.
Odwróciłam się. Stał przede mną mężczyzna, który nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. Pojedyncze kosmyki czarnych włosów wystawały spod słomianego kapelusza, pot spływał mu po czole. Czarne buty do kolan pokryte były żółtym pyłem a podeszwy obficie obklejone błotem ze słomą.
- Przepraszam, Juana kazała mi wziąć trochę siana ze stajni, żeby dać je kozom - wyjąkałam i zdmuchnęłam włosy z twarzy.
Advertisement
- My tu nie mamy kóz - skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Właśnie, że macie. Juana kupiła je dziś rano na polecenie pana González - wytłumaczyłam szybko.
- Kim ty w ogóle jesteś, nie znam cię.
- Jestem Veronica, będę tu pracować do końca września, pan González potrzebował dodatkowej pary rąk na czas letni, a ja potrzebowałam pracy, więc...
- A! Tak, tak, wspominał coś o kimś nowym. Cóż, w takim razie miło poznać, jestem Henry - podał mi rękę, a ja niezdarnie chwyciłam ją, by nie wypuścić siana.
- Jak wrócisz od tych kóz, idź do José, jest przed domem, pewnie chciałby cię widzieć.
Henry wydał mi się bardzo miłym człowiekiem, który jednak nie za bardzo przepadał za towarzystwem innych ludzi. Obejście miał raczej chłodne i zdystansowane, przynajmniej takie robił wrażenie.
Zaniosłam kozom siano i poszłam porozmawiać z panem González. Omówiłam z nim kwestię moich nowych obowiązków i sposobu pracy. Potem Juana pomogła Henry'emu w sprzątaniu boksów, a Elizabeth pokazała mi moje łóżko w dużym pokoju na poddaszu stajni. Warunki były raczej surowe, ale nie było na co narzekać.
O dziewiątej wszyscy razem zasiedliśmy do śniadania. Pani González podała nam chleb z masłem, konfitury własnej roboty i świeże mleko z rannego udoju. Przedstawiłam się kilku innym osobom, ale głowie Juana i Elizabeth chciały mojej uwagi.
Henry siedział na końcu stołu, milcząc i jedząc w spokoju, co jakiś czas spoglądałam w jego stronę, ale nie podniósł wzroku znad talerza z wyjątkiem tych kilku chwil, gdy pan González o coś go pytał.
- Juano, w pokoju są cztery łóżka, ktoś jeszcze z nami mieszka? - zapytałam, odstawiając kubek z mlekiem.
- O tak! Jest jeszcze Retty, ale wróci dopiero jutro na kolację. Pojechała do domu, żeby wyjaśnić sobie kilka spraw ze swoim narzeczonym. To strasznie zazdrosny typ i gdy w zeszłym tygodniu przyjechał tu, żeby ją odwiedzić i zobaczył jak Retty rzucała się sianem z Henrym, strasznie się pokłócili. Więc Retty poprosiła panią González, by mogła wrócić na kilka dni do domu - wyjaśniła mi z buzią pełną chleba.
- Juano, masz konfitury na policzku - zaśmiała się Elizabeth i starła czerwoną plamę z jej tłustego policzka, oblizując palec.
Po śniadaniu Henry zaniósł moje walizki na górę, przebrałam się w stare jeansy i białą, cienką bluzkę, żeby nie było mi w niej gorąca. Juana pożyczyła mi swoje kalosze i powiedziała, że w sobotę pojedziemy do miasta, żebym też sobie kupiłam jakieś buty do pracy. Do piętnastej sprzątałyśmy stajnię, wymieniłyśmy wodę w poilde na pastwisku i zaniosłyśmy worki z owsem do komórki za domem.
Potem zjadłam obiad z całą resztą. Juana nalała mi trochę miodu, który w zeszłym roku zrobił Henry.
- Jak zjemy to do osiemnastej mamy czas wolny, więc możemy się przejść, pokażę ci okolicę - uśmiechnęła się szeroko, ocierając twarz z odrobiny tłuszczu.
Chodząc po polach, słuchałam historii Juany. Opowiadała mi o swojej rodzinie i o tym, jak znalazła się w stajni pana González. Miała szóstkę rodzeństwa, dwie młodsze siostry i czterech starszych braci. Matka wychowywała ich najlepiej jak potrafiła i zajmowała się domem, ojciec popijał trochę, ale nie robił tym nikomu krzywdy a przy tym zawsze potrafił znaleźć sobie jakieś płatne zajęcie.
- Może nie jest najlepszym ojcem, ale kocha nas, tylko chyba nie do końca radzi sobie z tym wszystkim. Kiedyś był wojskowym, ale wyrzucili go, nigdy mi nie powiedział dlaczego. Matka mówi, że od tego czasu zaczął pić, żeby tyle o tym nie myśleć - powiedziała, gniotąc w ręku źdźbło trawy.
Potem opowiedziała mi o tym, jak spotkała panią González kiedyś na targu niedaleko swojego domu i tam zaproponowano jej pracę w stajni.
- Więc się zgodziłam i za tydzień byłam na miejscu. Tak tu sobie pomieszkuję od dwóch lat. Tylko ja, Elizabeth i Henry zostajemy tu na zimę, reszta osób zatrudnia się sezonowo, gdy kończy się lato, nie ma tu zbyt wiele do roboty. Czasem siedzimy cały dzień przed kominkiem i zajmujemy się czymś mało istotnym, żeby zabić czas - zaśmiała się wesoło i kopnęła kamyk przed sobą.
- Ale lubię ten czas. Mogę wtedy do woli podziwiać Henry'ego. Jest takim przystojnym mężczyzną. Ale on nigdy nie zwróci na mnie uwagi, nie jestem aż tak naiwna - westchnęła.
- Dlaczego tak sądzisz?
- A to ci dopiero! - parsknęła gromkim śmiechem - No spójrz tylko na mnie! Kto by chciał za żonę taką niezgrabną słonicę! Nie myśl sobie, że mi moja tusza przeszkadza, bo w ogóle się tym nie martwię, ale wiem, że tacy mężczyźni jak Henry wolą kobiety takie jak ty czy Elizabeth.
Juana nie grzeszyła urodą, miała nieregularne rysy, duży nos i małe ciemne oczy. Nie nazwałabym jej grubą, ale kilka zbędnych kilogramów falowało przy każdym stawianym przez nią kroku. Grube blond włosy zazwyczaj spinała w niechlujny kucyk. Jednak jej usposobienie było tak wspaniałe, pełne radości i ciepła, biło od niej tyle życia i pozytywnej energii, że nie sposób było jej nie polubić.
Czerwiec szybko minął, dni stawały się coraz cieplejsze a słońce uciążliwe, gdy było w zenicie. Codziennie wykonywałam te same czynności, rano wstawałam pierwsza i budziłam innych, szłam nakarmić kury, Henry i Juana karmili konie, potem wstawała Elizabeth i całą czwórką wypuszczaliśmy wszystkie czterdzieści dwa konie i zabieraliśmy się sprzątanie stajni.
W pewne piątkowe popołudnie, gdy Juana i Elizabeth pomagały pani González w malowaniu kuchni, a pan José pojechał z pozostałą piątka pracowników do miasta, by odpocząć i zorientować się, czego najbardziej będą potrzebować ludzie na sobotnim targu, siedzieliśmy z Henrym na trawie, czyszcząc siodła.
- Myślałam, że pan González hoduje konie tylko dla samej hodowli, nie wiedziałam, że organizuje rajdy - powiedziałam do Henry'ego, który w ciszy wcierał smar w skórę, patrząc przed siebie na pastwisko.
- Zawsze z początkiem lipca przyjeżdża tu dużo ludzi, wynajmują pokoje w mieście a u nas spędzają swoje popołudnia. Zazwyczaj ja i pan José zabieramy ich na przejażdżki, czasem Juana nam towarzyszy, ale kiepski z niej jeździec - zaśmiał się poczciwie i spojrzał na mnie, mrużąc oczy od słońca.
- Gdy byłam mała, jeździłam konno. Wujek mówił, że radziłam sobie całkiem nieźle, ale to było dawno - wzruszyłam ramionami i odwróciłam siodło, by wyczyścić ławy.
- Chciałabyś spróbować? - zapytał po chwili milczenia, patrząc na mnie z uśmiechem.
- Myślisz, że mogłabym?
- Jasne, dlaczego nie. Sądzę, że pan José ucieszyłby się, gdybyś jeździła z nami zamiast Juany. Chodź, dokończymy to potem - wstał i podał mi rękę, by pomóc mi wstać.
Schowaliśmy siodła do siodlarni, żeby nie zniszczyły się na słońcu i poszliśmy na pastwisko po konia. Henry wyraźnie się rozpromienił, zmotywowany innym działaniem niż rutynowe obowiązki. Jego twarz pokrywały zmarszczki, które pogłębiały się przy każdym uśmiechu.
- To Laroshe - powiedział, głaskając gniadą klacz, która zaczęła obwąchiwać jego kieszenie.
- Jest tutaj najspokojniejsza i zawsze jeżdżą na niej dzieci, więc myślę, że powinnyście się dogadać - zapiął uwiąz do kantara i podał mi go, a nasze palce zaplątały się na chwilę, wprowadzając ciszę i zakłopotanie.
***
Nie wiedziałam, dlaczego w tak ważnym momencie, gdy stałam przed Peter'em, chcąc powiedzieć mu wszystko, przypomniałam sobie moje początki pobytu u pana González i Henry'ego. Być może po prostu podświadomie musiałam przywołać jakieś miłe wspomnienie w obliczu czekającej mnie tragedii.
Złapałam Peter'a za dłonie, myśląc, że mógł być to ostatni raz, gdy go dotykałam. Głaskałam jego skórę, chcąc zapamiętać jak najwięcej. Och, on musiał mi przebaczyć! Nie mogłam go stracić, nie po tym wszystkim, co przeszłam. Tak bardzo się bałam, że moje szczęście zniknie a najdroższy memu sercu mężczyzna zacznie mną gardzić.
Och, jak bardzo pragnęłam poczuć wtedy chłód swojego grobu, poczuć lepką ziemię na policzkach, która zasłoniłaby mi świat nade mną. Gdybym wtedy umarła, być może ktoś chociaż składałby kwiaty przy nagrobku, nie znając moich przewinień. Peter nie gardziłby mną, a jego serce byłoby pełne żalu po stracie zamiast pełne nienawiści.
Och, słodki Boże, pomóż mi, błagam pomóż mi, bo nie zniosę już dłużej samej siebie! Chciałam mu wszystko powiedzieć, uzyskać rozgrzeszenie, jednak strach znów brał nade mną górę, a tchórzliwa cząstka duszy, kazała milczeć.
Ale było już za późno. Wsadziłam palec w ogień i miał mnie on pochłonąć już całą, boleśnie paląc moje ciało żywcem, bym poczuła, co to znaczy cierpieć. Bym poniosła należytą karę.
Advertisement
- In Serial9 Chapters
Demon Dungeon
It's a story about a demon that owns a dungeon. The dungeon has a core. The demon is a low-ranking member of an army. Expect a fun story, way too long chapters, and a mildly emotional demon.
8 143 - In Serial20 Chapters
Reincarnate into Another World as a Bicycle
Boom, David Lee got run over as he saved his crush from being rammed down by a drunk truck driver.Why was this so? She was too busy listening to music while riding her bicycle... But in return, what does he get? He is reincarnated into another world thanks to some mysterious force. Given a second chance in life, though at first, he would had rejoiced, but the Gods seem to have laughed in his face as he is reincarnated into another world as that same bicycle with a bicycle system. So... How will David Lee fair in a world full of immortals and demons, cultivation and martial arts, beauties and scions, as a piece of scrap metal? ------------------------------------------------------------------ I'm posting this story on another site Quidian, with the exact same profile pic, and name tag as my own, but if you see my story on anything other than these two places, please report. There is proof on the synopsis of the story.
8 171 - In Serial35 Chapters
Celestial Spark
Mages traditionally make poor fodder, but with proper training and motivation, possess near limitless potential. For mage teams, the battle camps of the Upper Realms provide both, with missions ranging from orc hunts to political espionage. This tale follows one such team of four who strive to prove themselves in a world that would rather overlook them. Loyalty, honour, and devotion are contrasted by avarice, treachery, and apathy, though at times it can be difficult to separate vice from virtue. For though all people, whether they hail from the peripheries or the kingdom capital, are subjects whose fates are bound to the stars, their choices must be their own. Any comments or questions are welcomed.
8 90 - In Serial121 Chapters
A Wheel Inside a Wheel
Two brilliant young me, Reinhard von Musel and Yang Wen-li, are forced to flee the countries of their birth and become refugees on opposite sides of a century long galactic war. While they both struggle to adapt to their new lives, their obvious talent propels them to the forefront of the war. Their choices will shape their adoptive homelands forever, and their clash will decide the future of the galaxy. This story is broken up into volumes, each following one half of the conflict. You can read them in chronological order, or you can follow just Yang or Reinhard. See individual descriptions below. Part One - Speaking in Tongues When Yang Wen-li’s father dies, the only thing that he inherits is a mountain of debt, which can only be paid off with fifteen years of his life. Wanting to escape that indentured servitude, Yang flees his homeland and takes up a false identity in the Galactic Empire, a hyper-stratified society where stepping out of line is punishable with imprisonment or death. Yang enrolls in the Imperial Officers’ Academy to study history, but despite his unusual and unmistakeable talent as both a tactician and a scholar, his classmates resent him for being a visible outsider. When tensions at the school boil over and several of Yang’s classmates attempt to murder him, Yang finds an unlikely ally in the top student in the class: the aloof Oskar von Reuenthal. But Reuenthal and Yang both have secrets, secrets which could destroy both their lives and their newfound friendship. [70k words, complete] Part One (Alternate) - Talking Without Speaking When Oskar von Reuenthal enrolls at the Imperial Officers' Academy, he doesn’t expect to make real friends. The IOA is a competitive place, and Reuenthal has never been well liked. But when a foreign student shows up to challenge him for the top spot in the class, Reuenthal can’t look away. [77k words, complete] Part Two - Life out of Balance When Reinhard von Musel's mother learns that her husband is about to sell her daughter to become the concubine of the Kaiser, she takes her two children, Reinhard and Annerose, and flees to the Free Planets Alliance, where the three of them must start a new life. [129k words, complete] Part Three - Servants of the Pharaoh Now an officer in His Majesty's fleet, Yang Wen-li struggles to maintain his principles in the face of everything that is expected of him. When he's unwillingly drawn into the politics of the court, he has to use all of his talents to keep himself and his new friends out of danger. [173k words, complete] Short - Whatever It Takes to Keep the Body Warm After their falling out, Reuenthal and Mittermeyer are both posted to the brutal wasteland of Capche-Lanka. It's difficult to hold a grudge when you're just trying to survive. [23k words, complete] Short - Keep the Home Fires (Burning) Three soldiers. Two bodies to be buried. One haunted house. [33k words, complete] Part Four - Lighting Out for the Territories While his sister has joined the fierce Rosen Ritter regiment, Reinhard's fame has earned him a post stuck on Phezzan. Instead of getting to fight, he's caught up in a web of secrets, including the shelter and care of a mysterious refugee from the Empire. Separated from everyone he cares about, Reinhard is forced to make some unexpected allies, and make connections with old friends. [147k words, complete] Part Five - Serpent's Mouth, Serpent's Teeth After having sacrificed his freedom to save his best friend's life, Yang must figure out how to win, and not just survive, the largest civil war in human history. [In progress] Part Six - Lightless Labyrinth [forthcoming, TBD] Part Seven - Silent Spiral [forthcoming, TBD] This story is crossposted on ao3 at bit.ly/wheelinsideawheel
8 280 - In Serial44 Chapters
My Brother is Napoleon
A naturally persuasive engineering man, for some unknown reason, traveled to France before the Revolution and became the big brother of the future Emperor Napoleon. He is to cling to this thigh, and from then on to live and die, or to seize this opportunity to create their own altruism?
8 126 - In Serial49 Chapters
The Newborn
....
8 184

